Blog (nie)dojrzałej kobiety


Pożegnanie nienazwanego .. 2019-08-31. 08:56

Zrobiłam to. I nawet wcale nie miałam na to ochoty, nie miałam jakiegoś szczególnego przypływu emocji, po prostu wyciągnęłam kilka wniosków. Po pierwsze: i tak prędzej, czy później bym napisała - to pewne, po drugie: wolałam to zrobić tuż przed snem żeby skrócić sobie cierpienie przy milczącym telefonie. Wróciłam z pracy, to było wczoraj, i napisałam wiadomość. Wcale nie była jakoś szczególnie długa i wymowna. Słowem i tak wiedziałam, że Go nie odzyskam, więc się szczególnie nie wysilałam. Po prostu chciałam przeprosić i zakończyć tę znajomość w pokoju, z czystym sumieniem. Ulżyło mi bardzo mocno i cieszę się, że to był dojrzały koniec. Po raz pierwszy godnie pożegnałam się z nienazwanym, więc  chyba byłeś tym wyjątkowym nienazwanym. Inni po prostu odeszli, z Ciebie zrezygnowałam na Twoje życzenie i właśnie się z tym pogodziłam. Oboje nie jesteśmy bez winy, ale tak najwyraźniej musiało być. Mam nadzieję, że Cię nigdy nie spotkam przypadkowo na mieście, bo będę bardzo skołowana.


Dalej wierzę w przyjaźń damsko-męską. Czekam na kolejnego nienazwanego, który przerodzi się w przyjaciela. Miało nie być więcej nienazwanych, ale skoro w późniejszym etapie zyskają miano wyższej rangi? - Dlaczego nie? Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Dowiodę tego choćbym miała czekać do usranej śmierci.




Cisza przed burzą .. 2019-08-28. 19:31

Nie lubiłam burz, ale ona przypomina mi o Tobie, nienazwany. Bałam się niesamowicie, bo pioruny były jak podczas bombardowania - głośne i znienacka. Gdybym była sama, uciekałabym gdzie pieprz rośnie. Tymczasem siedzę sobie na tarasie, obserwuję niebo, a z każdym grzmotem słyszę "no w końcu!". Chyba nigdy nie zapomnę tamtej chwili. Nie będę rozpisywała o co chodzi, może lepiej żeby zostało to między nami. Chociaż pewnie już i tak zapomniałeś. Wiesz, że mam pamięć do pierdół. Pamiętam każde moje i Twoje słowo, każdy podjęty temat, każde miejsce, w którym byliśmy. Szlag, nie dziwię się, że w pracy snuli domysły o naszym romansie. Znowu tak to brzmi. Zresztą co mnie to obchodzi. Tutaj jestem wolna i nikt mnie o nic nie oskarży. Chyba, że marzenie o przyjacielu to zbrodnia. W moim wypadku najwyraźniej tak. Przecież każdy ode mnie ucieka. Dlatego wszyscy zostaliście nienazwanymi. Nie wiem kim dla mnie byliście. Kolegami? Kumplami na parę tygodni? Jedno wiem na pewno: nie przyjaciółmi.


Burza jest coraz silniejsza, zasila coraz większe kręgi, w moich uszach zaczął rozbrzmiewać również deszcz. A ja przecież lubię deszcz, bo w deszczu nie widać łez. Dzisiaj niebo płacze sobie samo, ja pozostanę sobie w mojej cichej nostalgii i czekaniu na cud.




Imię nienazwanego .. 2019-08-28. 13:25

Kto z miłości jeszcze nie umarł, nie potrafi żyć. Moje serce kiedyś złamane, mocniej kocha dziś.


Niezwykle wymowny oksymoron, który zna każdy z nas. Niestety nie każdego może dotyczyć. W wielu przypadkach pewnie i się sprawdza. A jeśli ktoś jest na tyle wrażliwy, że nie umie drugi raz zaufać i się zakochać? Czasami człowiek (szczególnie kobiety) ma taką traumę, że przez wiele lat musi leczyć się ze złamanego serducha. Analizuję wiele piosenek. Zwykle każda kojarzy mi się z czymś albo z kimś. Częściej z kimś. Przypisuje piosenki ludziom, których znam. Jakbym nadawała im drugie imiona. Robię to zupełnie przypadkowo. Czasami jest to uciążliwe i ciągnie się za mną jak kula u nogi. Próbuję zapomnieć o nienazwanym, ale ciągle pewna piosenka przypomina mi o nim. Znowu jak tortura wraca chęć do odzewu. Chyba się złamię i to zrobię. Boję się. Nie chcę tego robić, ale jakaś wewnętrzna siła pcha mnie do napisania czegokolwiek, byle Go odzyskać. Układam sobie w głowie treść, dobieram słowa w jedną całość, po czym od razu je kasuję. Wyobrażam sobie jak czekam na odpowiedź, a telefon wciąż milczy. Ból, który temu towarzyszy osłania mnie przed podjęciem tej głupiej decyzji. Chociaż coraz bardziej przekonuję samą siebie, że jak nie spróbuję, to się nie dowiem, to jednak strach mnie blokuje na tyle, by móc zgasić owe przekonania. Obym tylko nie pękła, bo będę tego mocno żałować. Ja to wiem. Tymczasem oczekujcie wpisu o tym, że zmiękłam i napisałam. To będzie gorzki wpis, pełen lamentu i zawodu. Kwestia zapewne dni. Zbyt dobrze znam swój porąbany móżdżek. On mnie w końcu przekona, że to dobre wyjście, a ja w to uwierzę. Im dłużej będę się bronić, tym bardziej będzie napierać.


Nienazwany czytając te wypociny pomyślałby: "Pogrążasz się, kobieto." I ma rację.




Łzy płynące z palców .. 2019-08-27. 18:18

Za dużo myślę, za dużo analizuję, za dużo kumuluje mi się przez to zmartwień. Nawet, gdy się przed tym bronię, jestem zbyt słaba, by to pokonać. Zazwyczaj potrzebuję kilku miesięcy do całkowitego zniszczenia jednej myśli. Człowiek, który ciągle coś traci zawsze będzie przeżywał, zastanawiał się, czy może coś mogło pójść lepiej. Może gdybym się inaczej zachowała, użyła innych słów, dzisiaj nie musiałabym o tym pisać. Przyznaję się, tęsknię cholernie i chciałabym Cię odzyskać nienazwany, ale nie wiem jak. Musiałby stać się cud, abyś sam wyciągnął do mnie rękę. A ja na pewno tego nie zrobię, bo i tak mnie olejesz, wiem to, świnio jedna.  Jestem na Ciebie wściekła, ale mimo to coś każe mi próbować Cię odzyskać. Jak można gniewać się na kogoś, a jednocześnie tęsknić i chcieć się pogodzić? Jestem mistrzynią absurdu, emocjonalną idiotką. Albo tęsknota jest tak wielka, że zabija ten gniew i wciąż katuje mój mózg, szepcze "napisz do nienazwanego! Napisz! Przecież tęsknisz za nim. Odzyskaj Go!" Głupi móżdżku, mój strach przed ośmieszeniem jest zbyt wielki. Pomyśli sobie, że mam tupet i czelność pisać, że mam spadać... Wiem to, za dobrze Go znam. Więcej takich nienazwanych nie będzie, zbyt często odchodzą.


Chyba znowu wracam do punktu wyjścia. Do punktu, w którym narodził się ten blog. To była ucieczka przed ludźmi, przed samotnością i łzami. Jest nas bardzo wielu. Miliony ludzi pisze żeby gdzieś przelać swoje frustracje i niepowodzenia. Ktoś, kto nie ma nikogo może płakać tylko palcami. Z doświadczenia wiem, że to naprawdę pomaga. Czasami zdaje się być lepszym lekarstwem niż ramię nienazwanego. Na blogu nikt nie będzie się śmiał, na pewno nie w oczy, a jeśli się zdarzy hejt, to i tak jestem anonimowa. Czasem obcy ludzie, których nie widzimy, a czytamy jedynie zza szkła, są lepsi od niejednego nienazwanego. Czy może być coś piękniejszego? Pewnie, że może. Ale skoro na nic innego nie zasługuję, bo dlaczego akurat ja miałabym otrzymać od losu wspaniałego nienazwanego, takiego na stałe, to pozostaje mi cieszyć się, że jeszcze mam palce, którymi mogę płakać. Kocham ten swoisty płacz - suchy, a jednak kojący serducho.


Śpieszmy się cieszyć nienazwanymi, tak szybko odchodzą.




Dym po zgaszonej świeczce .. 2019-08-26. 16:54

Jeśli myślicie, że nikt Was nie czyta albo jedynie desperaci czy przypadkowi przechodnie, to jestem jedną z nich. Czytam i nie mogę oderwać wzroku. Może nie są to wybitne dzieła na miarę Mickiewicza czy innego Słowackiego, ale ja widzę w Was tyle realizmu, prawdy, że nie do wiary. Dawno nie czytałam z zapałem jakiegokolwiek blogera (no, ostatnio moją Frau). Zupełnie jak ulubiona książka, która wciągnęła od pierwszego zdania. Osiągnęło to tak wysoki stopień, że aż zrobiłam sobie rękopis tego wpisu zaczynąjąc o godzinie 01:00 w pracy, bo koniecznie musiałam szybko spisać swoje myśli, przelać je choćby tymczasowo na papier, a później na komputer. Wena przeszywa moje palce i niestraszny jest mi ból ręki, wszak dawno tak dużo nie pisałam ręcznie i nie w takim tempie. Myśli napływały szybciej niż nadążałam je zapisywać, a słowa miałam cały czas przed oczami, jakbym czytała je z jakiejś tablicy i przepisywała na kartkę. Jest mi niewymownie żal, że administratorzy mają nas w głębokim poważaniu i nadal nie pozwalają nam komentować wpisów. Wiele ciepłych słów mogłabym z siebie wylać. Chciałabym wrócić do tych czasów kiedy prowadziło się tutaj żywe dyskusje. Tęsknie za tym mocno, za kontaktem z Wami. I cóż mi innego pozostało jak podzielenie się z Wami tutaj swoimi odczuciami odnośnie Waszych wpisów. System zawsze da się jakoś obejść. Ja zawsze znajdę sposób.

Zastała mnie godzina 3:30, więc mam chwilę czasu na dokończenie moich wypocin. Nigdy nie naszła mnie aż taka wena, żeby pisać wpis na kartce, a jednak kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Trzeba znowu wyćwiczyć rękę, bo odwykłam. Nawet pismo mi się znacznie pogorszyło. Obym tylko zdołała je później odczytać. Zobaczcie sami, podzielę się tymi gryzmołami, w końcu pierwsze razy trzeba czcić!


gryzmoły



Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze tutaj zagląda, może jakieś zbłąkane dusze wejdą czasem przez przypadek, ale wiedzcie, że ja śledzę nowe wpisy na stronie głównej oraz blogi, które w ostatnich dniach mnie mega zaciekawiły. I do tego doszło, że aż piszę o tym po nocach, ba w pracy! Tylko szkoda, że nie ma jak z nikim wymienić choćby jednego zdania, w końcu jesteśmy tutaj społecznością, prawie rodziną. Powtarzam się, ale chyba zapaliła mi się nocna lampka w mózgu. Zawsze przecież możecie napisać do mnie maila. Nie od parady w końcu widnieje w mym szablonie (po prawej stronie, nad archiwum). Może wreszcie się na coś przyda. I choć może dziwne może Ci się wydawać, zwrócę się teraz konkretnie do Ciebie 'Perdevita', ale serio Cię czytam regularnie i nie mogłam przeboleć, że o tym nie wiesz, więc może jakimś cudem (a zauważyłam, że lubisz cuda) tutaj trafisz i się dowiesz, choć szanse marniutkie. Ja, taka szara Myszka - Kejt czytam zwykłego człowieka. Lubię takie blogi, wciągają mnie. Czasem napawają mnie na rozkminy, a niektóre anegdoty fajnie nadają tego smaczku i powodują, że się śmieję. Zupełnie jak przy kubku mojej ulubionej czarnej herbaty zapijanej przy dobrej książce. Teraz sobie myślisz: co za cukiernica z niej. Do cukrowania mi daleko. Piszesz, że jak się Ciebie pozna bliżej, to zmienia się obraz Twej postaci. U mnie jest podobnie. Wystarczy poczytać nieco więcej wpisów. Ale miałby na to czas i ochotę? - Hm, zobaczymy. A zaczęło się tak, że kliknęłam sobie na Twój blog i po prostu zaczęłam czytać. Chłonęłam każde słowo. I nawet mnie - purystce językowej - nie przeszkadzały błędy w interpunkcji! To jest dopiero sztos. Zdziwisz się, ale przeklinanie również nie stanowiło dla mnie przeszkody bym mogła kontynuować czytanie, nawet jak obrażasz sam siebie epitetami, których pozwolę sobie nie cytować. Po prostu śmiałam się z nich na głos, nawet nie w ciele, ale na głos.

Póki co dobija godzina 5:00, a ja tęsknię za tym nienazwanym, za osobnikiem, którego straciłam na zawsze przez głupie nieporozumienie. I nie odzyskam tego osobnika, ponieważ duma i strach przed milczeniem mi nie pozwalają. Wiem doskonale, że odpowiedzi bym nie otrzymała, a to z kolei bolałoby jeszcze mocniej. Pewność, że mój odzew zakończyłby się echem, totalnym fiaskiem sięga zenitu. Gdybym zachowała się inaczej, wzięła winę na siebie, pewnie nic by się nie stało. Nerwy wzięły górę. To byłby brak asertywności z mojej strony. Wcale nie byłam wulgarna, nie krzyczałam ani nie wyzwałam nienazwanego. Dlaczego mam na siłę udawać, że nic się nie stało, że mnie coś nie dotknęło i wcale nie uważam, że nienazwany jest winny temu? Nie mogę dawać sobą pomiatać, a mimo to  czasem czuję, że chciałabym cofnąć czas i zmienić bieg rozmowy, uznać, że nic się nie stało, mieć go dalej. Tymczasem pojawiasz się przed moimi oczami, jesteś w zasięgu ręki, widzę Cię jak dym z płomienia, rozmazanego i niewyraźnego, po czym znikasz. Unosisz się w powietrze i rozmywasz gdzieś w przestrzeni mej wyobraźni.

Czasami żałuję, ale wtedy wyrzucam te myśli do śmietnika. Jednak ten uparty wyrzuca je z siebie jak katapulta i trafia w centrum mojej głowy.




Oszukańcza egzystencja .. 2019-08-23. 19:50

Napisane kursywą, zainspirowane wpisem Akante7, niebywale wrażliwej i (chyba) pokrewnej mi duszy.


Próbujesz starych metod, ale to ślepa uliczka, czas pogodzić się z ciszą, i z przegraną, a ja tego nie potrafię, więc dalej próbuję ciągnąć tę żałośnie oszukańczą egzystencję, podczas gdy moje ciało buntuje się przeciwko mnie.


Niesamowite jak bardzo to wszystko rozumiem. Ukryte prawdy napisane między wierszami. Niebywałe, bo właśnie tych słów niejednokrotnie szukałam. Parabola co minutę obniża się, by za dwie sekundy wbić się do góry. Nagle coś zatrzymuje moje serce, wstrzymuje mój organizm, wysysa z niego życia, a ja pocieszając się jak tylko mogę, gadam jakieś przemowy o tym, że nie ma czym się przejmować, po czym wstaję z letargu i wiodę dalej szokująco oszukańczą egzystencję. Masz rację, zawsze wracam do starych metod. Cofam się i rozkminiam każdą złą sekundę życia i zastanawiam się, co mogę w niej naprawić. Zwykle nie da się już nic zrobić, trzeba nauczyć się żyć z konsekwencjami własnych wyborów. Każde głupie nieporozumienie, które wywołało tragiczny w skutkach huragan, puścić w niepamięć i tkwić w przekonaniu, że tak właśnie musiało być, że być może dzięki temu huraganowi wyjdzie słońce i stanie coś dobrego. Myśleć, że każdy zły dzień może prowadzić do kilu dobrych dni. Chcesz wrzucić wsteczny i wyjechać ze ślepej uliczki, ale nie możesz znaleźć nowej metody działania, wszak wiesz już, że stare nie przynoszą korzyści. I stoisz jak ciemniak z założonymi rękami, a paliwo z samochodu ucieka.


Dziękuję za te słowa. Jeśli tylko masz ochotę mnie zamordować za przytoczenie Twego wpisu, to po prostu to zrób. Gdzieś kiedyś miałam podanego maila, ale mam pamięć tylko do pierdół. anonimowajestem@wp.pl <- wyślij maila z pogruszkami, a ja usunę cytat. Że też te świry nadal nie odblokowali możliwości komentowania wpisów. Grrrr!!


Niech teraz moje serce zatonie we krwi, niech znowu zacznie bić, a dzikie fale rzeczne odnajdą dom.




Cycki górą! .. 2019-08-13. 11:13

Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabym supermanem...


A ja cieszyłabym się, że nie mam okresu. Później dokuczyłabym każdej wrednej francy, która zalazła mi w przeszłości za skórę. Posiadłabym tę moc męskiej wulgarności, bo nic nie boli kobietę tak, jak obelga od mężczyzny, jak brak zainteresowania. Nie powiecie mi, że nigdy przez wasze żyły nie przelazła żądza słodkiej zemsty. Tym bardziej odprawiona bezkarnie, pod maską męskiej dumy. Nie powiecie mi, że nigdy nie sprawiło wam to żadnej satysfakcji, tego smaczka i szyderczego uśmiechu na twarzy.


Lecz gdybym mogła wybrać sobie płeć w dowolnym momencie życia, czy to przy jego początku, czy teraz, czy dziesięć lat temu, oczywiście z dumą wybrałabym kobietę. Bywają momenty, kiedy wolałabym być mężczyzną z krwi i kości, mieć na wszystko wylane, ale gdzieś tam mimo wszystko przychodzi chwila, w której mi to mija. Wszak niejedna kobieta jest silniejsza od setki facetów razem wziętych. To my co miesiąc przeżywamy gehennę, to my rodzimy wam dzieci, którymi potem chwalicie się kumplom przy piwku, to my zapewniamy waszą męskość, to my dajemy wam tę rozkosz patrzenia na nasze cudowne wdzięki. Żaden facet by nie podołał tej roli. Żaden! Brzmi to może jak feministyczny bełkot, ale nie ja jedna przecież twierdzę, że kobieta twarda nie jest "kobietą z jajami", lecz "kobietą z cyckami". (Wybacz Frau, nie pozwij mnie za prawa autorskie!) Dlaczego mamy się porównywać do męskich przymiotów skoro mamy swoje własne?


No i skończyło się stukanie w klawiaturę.




Wybieram srebro .. 2019-08-11. 14:49

Dlaczego sami sobie to robimy? Zbyt szybko i za mocno przywiązujemy się do ludzi. To same zmartwienia. Zawsze się martwię, wszystkim i wszędzie. Zawsze byłam inna niż wszyscy i myślałam, że to zaleta. Przejmuję się rzeczami, które dla reszty są zwyczajnymi błahostkami. I co? Mam sobie wyciąć oczy albo uszy? Albo jestem dla kogoś ważna i mnie szanują albo nie i mnie ignorują. To takie proste, prawda?


Mój mózg to tabelka, w której wszystko musi być dokładnie uporządkowane. Idealne obrazy i opisy wszystkiego, co powinno być w życiu człowieka. Jest tam nawet miejsce na złe doświadczenia, gorzkie łzy. Taka mała kolumienka, na szarym końcu, ale jednak. I wcale nie ma w mojej tabelce żadnego nagłówka pod tytułem: "utopia".  Zawsze liczę się z niepowodzeniami, ale nigdy z pustką. Jak sobie coś wyobrażam, to można to podzielić na dwie odnogi, zrobić taki wykres. Na górze, ma środku byłaby nazwa sytuacji i od niej dwie kreski, w lewo i w prawo. Jedna to ta dobra opcja, druga zła. Z tą złą, to akurat różnie bywa, gdyż zazwyczaj nie doceniam ludzi i robią coś gorzej niż zakładam w moim wykresie. Przykład? Rozmowa pisana... Nagłe milczenie w środku zdania - ignorancja; zaznaczenie, że muszę zakończyć rozmowę, gdyż mam jakiś powód - szacunek. U mnie w tabelce milczenie, to takie ciche i brutalne "spierdalaj". Moje kolumienki są bezlitosne, a kiedy cokolwiek wyjdzie poza jej ramy, wpadam w konsternację. Mam swoje wyobrażenie świata, odpowiedź na wszystko. Jest tak, albo tak. Zamknęłam się w swojej tabelce, nie chcę z niej wychodzić. Choć często słyszę/czytam, że przesadzam, że biorę życie zbyt poważnie, nie umiem zmodyfikować moich kolumienek. Zawsze myślałam, że skoro ludzie są różni, każdy inny na swój oryginalny sposób, to po prostu będziemy siebie wszyscy wzajemnie akceptować takich, jakimi jesteśmy. Bez żadnych poprawek, bez retuszu. Żebyśmy wszyscy byli sobą, nie udawali po to, by wpisać się w czyjeś upodobania. To również jedna z moich kolumienek w tabelce. Moja tabelka, moje wiersze, mogę sobie w niej zapisać co chcę i kiedy chcę. Każdą sytuację da się przypisać do odpowiedniego miejsca w tabeli. Wówczas tworzy się taki piękny obrazek każdego, kto stanie mi na drodze. I albo będzie zaakceptowany, albo wypad z tabeli.


Póki co, możemy się spotkać jedynie we śnie. Zamykam oczy i otwieram umysł na bezkresny film.




(nie)normalny człowiek .. 2019-08-10. 17:10

Stałam na kawałku skały wtulona w Jego ramiona, lawa ogarniała całą ziemię. Wkrótce miała też dotrzeć do Nas. Ostatnim tchem wyznałam to, co najpiękniejszego można przed śmiercią. Wulkan jednak był tak łaskawy, że zdołaliśmy wyjść z tego cało.


- Ale to coś oznacza.


- Tak, to na pewno coś oznacza... Że mam nasrane w głowie. - wybuchłam śmiechem tuż po tym jak opowiedziałam swój sen, który oczywiście miał miejsce w Polsce, nie w żadnej dziczy.


Od dawna oczywiście zdaję sobie sprawę, że do normalnych nie należę. W końcu udowadniam to w każdym kolejnym wpisie. Normalność nie jest mi pisana i nigdy nie była. Norma, to odległe dla mnie słowo, jakiś wytwór, którego nie mogę dosięgnąć. Może to kwestia za krótkich rąk? Miałam ten zaszczyt  cofnąć się do wpisu sprzed pięciu lat. I nikogo oczywiście nie zdziwi, że go sprostuję co nieco. Mianowicie chodzi o ten, w którym tak zaciekle opisywałam swoją niechęć do kościoła i celowo używałam słowa Bóg z małej litery. Około trzech czwartych tekstu pozostawiłabym w nienaruszonym stanie, poprawiłabym zaś kwestię wiary w Boga. Cóż, jak każdy (nie)normalny człowiek miewam zawirowania i zmiany poglądów. Owszem wierzę w Niego, ale nie w księdza. I modle się wyłącznie w zaciszu swego domu, nie odczuwam potrzeby pójścia na Mszę i  wysłuchiwania kolejnych "mądrości życiowych" mojego proboszcza. Doprawdy mocno irytujący człowiek.


Skoro już jesteśmy przy wierze, zastanawia mnie fenomen przyjaźni damsko-męskich. Znowu jedna z bliskich mi osób stwierdziła, że coś takiego nie istnieje, że w to nie wierzy, bo to zawsze rodzi miłość. Czy to z jednej strony, czy z obu. Czy ja wiem? Oczywiście nie mogę tego racjonalnie stwierdzić, bo wszak doszłam do wniosku, że nigdy nie miałam przyjaciela, choć tak mi się wydawało. Czy jeśli hipotetycznie były to przyjaźnie, to rozpadły się dlatego, że delikwenci się we mnie zakochali? Bynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Albo to po prostu nie była przyjaźń, bo w teorii mojej M., zaszłoby coś więcej, a nie zaszło. Na zawsze pozostanie to już tajemnicą. A czy ja wierzę w taką przyjaźń? Najpierw muszę jej doświadczyć, wtedy się ustosunkuję. Póki co, chyba wierzę. Nie każdy musi być taki sam. To, że gdzieś jakaś fama poszła, bo może rzeczywiście wiele przyjaźni tak właśnie się kończy, nie oznacza, że każda. Może właśnie ja będę tą jedną na milion przyjaciółką faceta, który się we mnie nie zakocha, ani ja w nim.


Szukam Cię, mój jeden na milion, złammy ten mit!




Jeden raz .. 2019-08-04. 18:13

Zamknęłam się w łazience. Nie potrafię wytrzymać już tego napięcia, które rozsadza moje wnętrze. Uwolniłam głęboko skrywane łzy. W ustach były gorzkie, czuć było wielki smutek i żal w smaku tych łez.


Jestem głupią, naiwną romantyczką, która zawsze ślepo wierzy w szczęśliwe zakończenie. Zawsze to powtarzam, że nie umiem uczyć się na błędach. Nawet jeśli długo już trwam w jakimś postanowieniu i czuję, że to była genialna decyzja, która dobrze wpływa na moje życie, i tak w końcu nadarzy się okazja żebym sama sobie dokopała. Jestem w tym mistrzynią. Odcięłam się od fałszywych przyjaciół, od ludzi, którym w ogóle na mnie nie zależało, od ludzi, którzy okazali zainteresowanie tylko dla tego, że dałam ku temu pretekst. Czułam się taka wolna i szczęśliwa, było naprawdę cudownie. Tymczasem znowu moje serce zostało przebite nożem! Nienawidzę tego uczucia, nienawidzę go od lat. Nie ma nic gorszego od bycia wystawionym do wiatru, od bycia olanym, zapomnianym. Nawet nie wykazałam inicjatywy, zero narzucania się. Przecież z tym skończyłam! Zaproszenie wynikło z drugiej strony. Pierwszą odpowiedzią, jaka mi się nasuwała, to oczywiście odmowa, ale gdzieś w środku coś mi pozwoliło, aby zmienić zdanie. Żałuję i to bardzo. Ten ból tak okrutnie mnie przeszywa.


Choć jeden raz chciałabym się czymś nie przejmować. Jeden raz...




e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]