Blog (nie)dojrzałej kobiety


Impotent? - Ślubu nie będzie! .. 2014-12-31. 16:28

Skoro znowu zaczęłam pisać o kościele, to czemu by nie kontynuować? Możecie mnie za to pogryźć! :) Mam jeszcze tonę tematów do poruszenia. To miała być wisienka na torcie, ale nie mogłam się powstrzymać. Niech będzie już teraz.


Jak to w życiu już jest, wszędzie napotykamy jakieś przeszkody. Także podczas chęci zawarcia związku małżeńskiego. Pozwolę sobie wymienić je wszystkie.


1. Wiek.


2. Pokrewieństwo.


3. Różna religia.


4. Święcenia kapłańskie.


5. Ślub czystości (dot. zakonnic)


6. Kobieta uprowadzona.


7. Pozostawanie w związku małżeńskim.


8. Powinowactwo.


9. Pokrewieństwo prawne (adopcyjne)


10. Pokrewieństwo duchowe (rodzice chrzestni i chrześniacy)


11. Przyzwoitość publiczna (wymaga, aby mężczyźni i kobiety, żyjący ze sobą jak małżonkowie, a nie będący prawdziwym małżeństwem, po śmierci jednego z nich, nie żenili się ze wstępnymi i zstępnymi drugiej strony)


12. Niemoc płciowa (impotencja)


Każdą z powyższych przeszkód rozumiem doskonale i w zupełności popieram. Celowo umieściłam impotencję na samym końcu listy. Dlaczego? - Ponieważ z chęcią bym ją stamtąd wyrzuciła. Pewnie nie jestem jedyną osobą, która się z tym nie zgadza. I bardzo dobrze. Nie rozumiem, czemu niezdolność do odbywania stosunku seksualnego miałaby stanowić przeszkodę do "normalnego życia" tj. ślubu. Impotent nie ma prawa do miłości? Przecież to równa się z tym, że musi być samotny, gdyż jeśli znalazłby kobietę, którą pokocha, to czy chce czy nie chce, nie może z nią być, bo na "kocią łapę" to nie po Bożemu, nieprawdaż? A jeśli kobieta akceptuje impotencję mężczyzny? Dziecko można adoptować, a serce niestety nie sługa. Kościół coraz bardziej udowadnia mi, jak wielką ma w sobie nietolerancję i rasizm. Za daleko? - Nie, nazywajmy rzeczy po imieniu. Jak w takim razie według religii chrześcijańskiej ma żyć taki człowiek? Ma się zamknąć w pokoju i żyć w odosobnieniu żeby nie wylewać z siebie uczuć? Może klerycy myślą, że taki to uczuć nie ma? Może to nie istota ludzka? Przeszło mi również przez myśl, że taki impotent idealnie nadawałby się na księdza! Może to w tym kryje się haczyk? Kościół w pewien sposób zabrania impotentom życia z kobietą, więc siłą chce przyciągnąć ich na "swoją stronę".


Prezerwatywy NIE, seks przedmałżeński NIE, impotencja NIE. To co do cholery wolno w tym Chrześcijaństwie?! Niedługo wszystkich Was zamkną w klatkach i będą karmić bzdurami wyjętymi z jakiegoś podrzędnego katechizmu. Proponuję, aby ci wszyscy księża najpierw spojrzeli na siebie, a potem nakazywali i zakazywali czegokolwiek innym ludziom. Bo przecież taki to najmniej wie o rodzinie, seksie... Teoretycznie. :)


Zawsze chciałam, by był to blog typowo publicystyczny. No i macie.


Wasza dziennikarka - Kejt.




Płaćcie i podziwiajcie! .. 2014-12-28. 14:25

Katolicyzm znowu na ostrzu noża. Kolejna sprawa wywołująca we mnie oburzenie. Nielegalna działalność gospodarcza księży. Wszyscy doskonale o niej wiemy, ale żadne z nas nie powie o tym na forum. Plucie sobie w brodę i wylewanie żali wyłącznie w gronie znajomych, rodziny nic nie da. Trzeba to powiedzieć otwarcie.



Przeczytałam nieco kodeksu kanonicznego, szukałam w Internecie jakiegokolwiek przepisu, ustawy o obowiązku płatności za uroczystości kościelne, takie jak ślub, chrzest czy pogrzeb. Dlaczego więc w sytuacji kiedy przychodzi "petent" do księdza, ten wystawia mu cennik swych "usług"? Bo jeśli ściąga pieniądze za odprawienie Mszy, to śmiało można nazwać ją usługą. Napisałam wcześniej w cudzysłowie, gdyż oficjalnie nie jest to usługa. Ale zaraz! Czy kościół odprowadza podatki jak przystało zgodnie z prawem polskim? - Chyba nie muszę odpowiadać. A katolik jak małpka godzi się na to, bo wie, że każden jeden księżulek zrobi to samo - będzie chciał kasę. Nikt nie umie powiedzieć "nie zgadzam się!". To takie konformistyczne, że aż rączki opadają. Spójrzmy na to tak... Pragniesz wziąć ślub? Oh, cudownie. - Ale musisz zapłacić. Zapłacić za obrzęd, który nakazuje religia, kiedy dwoje ludzi chce założyć rodzinę. W porządku - myślisz - zapłacę za ten ślub i będę miał święty spokój. Ceremonia odbywa się, a dwoje małżonków przypieczętowuje swoją miłość płodząc jakże piękne maleństwo. Ups! Dzieciątko trzeba ochrzcić. Idziemy do księdza. "500zł poproszę" - bez zastanowienia rzuca klecha. A któż by przecież na własnym dziecku oszczędzał? Tacy tylko żerują na ludzkiej naiwności i bezsilności. Ochrzcić trzeba, bo to w końcu po Bożemu. Ile jeszcze musimy zapłacić za katolickie życie? Życie, tak, to dobre słowo. Przecież ono również się kiedyś kończy. Mamy więc i pogrzeb. Rozumiem zapłacić za pomnik, trumnę i inne sprawy, ale przecież księży to nie obchodzi. Oni swoje też muszą wziąć do łapy. Żeby już nie być takim bezdusznym, wiem, że to ich "praca" i w sumie należy im się za to jakiś datek. Teoretycznie daje się tyle "co łaska", czyli tyle, ile jesteśmy w stanie zapłacić, tyle, na ile nas stać, czyli kwotę, która wydaje nam się rozsądna. Wszyscy znamy już tekst "co łaska, ale nie mniej niż..." i taka jest prawda. Nie ma żadnego "co łaska", bo kościół sam narzucił sobie taryfikator i koniec kropka. Dasz 100zł, odmówi Ci udzielenia ślubu, bo chce tysiąc.


Mówi się, że do kościoła może przyjść każdy, bo jest powszechny, jak mówi Skład Apostolski. Tu akurat wszystko jest w porządku, bo przyjść może, ale żeby człowiek mógł żyć wedle tradycji chrześcijańskich, musi się nieźle wykosztować. Zdaję sobie sprawę, że czasy z roku na rok zmieniają się. Życie jest drogie, a każdy chce je jakoś godnie wieść, ale zarabianie na religii, na uczuciach chrześcijańskich jest dla mnie czymś obrzydliwym. Może jestem zbyt surowa, ale na pewno stanowcza.


Czy Jan żądał od Jezusa pieniędzy za ochrzczenie? Czy ktokolwiek w czasach, kiedy narodziło się chrześcijaństwo, płacił za ślub? Czy Jezus, kiedy żył, pomyślałby, że w przyszłości, za tysiące lat z chrześcijaństwa zrobi się komercja? Dziwicie się mojej zmianie na ateizm? Niedługo przy wejściu do kościoła będą stali ministranci z tacą i będą ściągać po 50zł od osoby. Przy konfesjonale ustawią kasownik i będą sprzedawać bilety do spowiedzi, a potem jeszcze do komunii świętej, bo przecież jej wyrób też kosztuje!


A Wy chrześcijanie płaćcie i podziwiajcie.


Pozdrawiam z uśmiechem - ochrzczona ateistka Kejt.




A jeśli... .. 2014-12-25. 23:05

Nie. Czarne nie jest czarne ani białe nie jest białe. Nigdy nie możesz być pewien z czym masz do czynienia. Tajemnice są wszędzie. We mnie, w Tobie, w nas. Zadajesz sobie pytanie, ale nie wiesz, czy jest dobre. Może pytanie powinno być inne? A co, jeśli szukasz złej odpowiedzi? Jeśli brniesz ku ślepej uliczce? A jeśli myślisz, że wiesz kim jesteś, a tak naprawdę się mylisz, choć o tym nie wiesz? No właśnie. Krąg się zamyka, a Ty biegasz w kółko, jak pies za ogonem.


Zamknąć się w pokoju.


Być sobą i ze sobą.




Nie umiecie patrzeć .. 2014-12-20. 20:53

Nie lubię notek w stylu co u mnie słychać, także nie będę nikogo zanudzać. Zresztą takich śmieciowych blogów jest tutaj wystarczająco dużo, to chociaż mój staram się trzymać na poziomie. Ostatnio spotkałam się z opinią, iż mam skłonności do egocentryzmu. Tak, to prawda. Ale to dowód na to, że mam swoje poglądy i twardo się ich trzymam. Stąd też staram się nie robić z bloga pamiętnika z dnia. Jedyne co opisuje ze swego życia, to coś, co może uczyć, a nie co dzisiaj zjadłam i kiedy byłam na siku. Śmieszne? - Wielu ludzi przecież tutaj tak pisze. Nie oszukujmy się. Zajdę do meritum. Wolę rozmyślać na tematy ciekawe, stwarzające pole do dyskusji. Znajomy podsunął mi pytanie, na które tak naprawdę nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mianowicie: Dlaczego ludzie popełniają samobójstwo?



Psychologia w tej kwestii jest szeroko pojęta. Osobiście przyznam się, że również miewałam myśli o skończeniu ze sobą. Dzisiaj już wiem, że to była głupota. A jednak mimo wszystko pomysł był, ale nie o sobie mam pisać. Skąd się biorą samobójstwa? Na pewno z trudnych chwil w życiu, z nieciekawej sytuacji w domu tj. m.in. z patologii, która chyba jest najczęstszym powodem. Jednakowoż odpowiedź w jednym w zdaniu byłaby zbyt prosta. Sądzę, że duże znaczenie ma też znieczulica rozpowszechniona na całym świecie. Ludzie często nie zwracają uwagi na osoby dotknięte depresją, problemami z psychiką. Nie chcą im pomóc, nie widzą lub nie chcą widzieć. Być może spotkaliby się z odmową ze strony „samobójcy”, ale jeśli nie spróbujesz, nie dowiesz się. Kilku osobom udało mi się pomóc wyjść z depresji, odegnać myśli samobójcze. To chyba coś znaczy. Takim osobom da się udzielić pomocy. Naprawdę się da. Owszem, łatwo nie było, ale byłam zawzięta, miałam dobre podejście. Istniało ryzyko, że coś zepsuję, pogorszę sprawę, ale w tym wypadku ryzyko mnie nie interesowało, gdyż chodziło przecież o ludzkie życie! Interwencja była więc konieczna. Choćby miało Ci się nie udać, pomóż. Będziesz miał przeświadczenie, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś, że próbowałeś.



Często spotykam się ze zdaniem, że samobójcy to słabeusze. Że odbierają sobie życie, bo wyparli się walki z problemami; że poszli na łatwiznę. Nie zgadzam się absolutnie. I to nie dlatego, że sama jestem niedoszłą samobójczynią, ale dlatego, że nikt, kto nie zaznał takich myśli, nie ma prawa wypowiadać się na ten temat. Nie wie co czuła osoba odbierając sobie życie. Przecież to musiało być coś naprawdę bardzo krzywdzącego skoro jedynym wyjściem, jakie widziano, było samobójstwo. Nie każdy bowiem jest tak silny, aby żyć w okrucieństwie. Ponadto każde samobójstwo to odrębna historia jednego człowieka, jednolita i niepowtarzalna. Każda skrywa inne emocje, inne nasilenie bólu, nawet jeśli pokrywają się z historiami innych.



Dlaczego o tym piszę? Może jednym wpisem na blogu, którego czyta pewnie mała liczba osób (tego nie wiem), uratuje komuś życie. A to już będzie wielki sukces małej blogerki.



Otwórz oczy, rozejrzyj się, pomóż.




Ile warte są Twoje pragnienia? .. 2014-12-08. 12:33

Nieprawdopodobne, jak daleko człowiek jest w stanie posunąć, aby odnieść wymarzony sukces. Już ze współczesnego życia możemy czerpać wiele przykładów, ale mnie jednak zafascynował przypadek Rory’ego Jansena. Jest to główny bohater filmu „Między wierszami” (w oryginalnym tytule „The Words”) z 2012 roku. Rory jest pisarzem, który usilnie próbuje w coraz to innych wydawnictwach opublikować swoje książki. Jednak za każdym razem otrzymuje odpowiedź, że są bardzo ciekawe, ale mimo to czegoś im brakuje. Pewnego dnia mężczyzna wraz ze swoją żoną Dorą udaje się do sklepu ze starociami. Tam jego uwagę przyciąga umieszczona wysoko na półce teczka. Rory natychmiast po nią sięga i jest widocznie oczarowany, jak i również jego żona, która namawia go do kupna mimo niewielkich oszczędności. Już podczas pierwszego zapakowywania teczki w materiały potrzebne do pracy, uwagę Rory’ego przykuwa gruby plik kartek głęboko schowanych w jedną z kieszonek. Z wielkim zaciekawieniem mężczyzna wyjmuje je i dokładnie ogląda. Okazuje się, że są one zapisane maszynopisem. Po przeczytaniu wszystkich kartek, jedynym pomysłem, jaki nasuwa się mężczyźnie jest sięgnięcie po laptopa. Rory chciał choć raz poczuć to, co inni wielcy pisarze. Smak dumy, poczucie bycia kimś, które były dla niego czymś wspaniałym i zarazem nieosiągalnym do tej pory. Emocje i losy bohaterów wylewały się z niego jak pot. Wszystkie ich odczucia stały się nagle jego odczuciami, każda łza od tej pory była jego łzą. Słowa przeciekały mu przez palce z niebywałą lekkością. Niestety zaspokojenie własnych pragnień i zapomnienie usunięcia jego efektu, Rory musiał gorzko przepłacić. Jeszcze tego samego dnia Dora przypadkowo podczas korzystania z laptopa przeczytała książkę, którą wzięła za twór męża. Ten jednak widząc jej zachwyt, nie miał odwagi przyznać się do tego, co zrobił. Za namową żony wydał książkę, która okazała się bestsellerem. Rory był z siebie dumny, ale jednak czuł goryczkę zawiedzenia. Książki, które wcześniej chciał wydać, nagle zyskały uznanie, ale tylko dzięki „Łzom w oknie”, bo taki tytuł miała powieść, którą skopiował i niestety tylko on był jego tworem, gdyż prawdziwy autor nie nadał żadnego. Jak skończy się historia Rory’ego Jansena? – dowiedzcie się sami. Jak dla mnie film jest genialny. Troszkę go tutaj zareklamowałam, ale nie to było moim celem.


Film pokazuje jak ogromne i niepohamowane zapędy drzemią w człowieku. Czasami tak trudno nad nimi zapanować, że robimy coś, nad czym tracimy zupełną kontrolę. Coś, czego nie potrafimy wyjaśnić nawet sami przed sobą. Przeważa nad nami chęć osiągnięcia celu, adrenalina pochłaniająca cały umysł i nie pozwalająca mu racjonalnie myśleć. Znajdujemy się w stanie niemal identycznym do hipnozy, lecz nie steruje nami druga osoba, a w tym wypadku nasz własny mózg ogarnięty rządzą osiągnięcia jednego celu. Zadziwiające jak silne mechanizmy tkwią w każdym z nas i niekiedy nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.




Any questions? .. 2014-12-06. 18:49

Zadziwiające, jak pomysłowy i nieobliczalny zarazem może stać się człowiek desperacko pragnący znaleźć odpowiedź, która paradoksalnie w tym przypadku jest pytaniem. Takie właśnie przemyślenia nasuwają się nam po obejrzeniu filmu pt. "Test" z 2009 roku. Film opowiada o ósemce śmiałków przystępujących do ostatniego etapu rekrutacji do tajemniczej i potężnej organizacji. Trzy reguły, których nie można złamać i jedno pytanie. Na odpowiedź mają 80 minut. Cały film opiera się na wypowiedzi jednego człowieka. Na jej podstawie musimy włączyć myślenie, analizować każde słowo, by dojść do jej sedna. A brzmi ona następująco:


Jestem nadzorcą. Słuchajcie uważnie. Nie będę powtarzał. Nie przeproszę za niedogodności, które was spotkały nim się tu znaleźliście. Presja i wysiłek były niezbędne. Elastyczność jest kluczowa w obecnych czasach i kto nie przetrwa naszej selekcji, ten nie przetrwa w pracy. Wielu wykwalifikowanych kandydatów starało się tu dostać i poniosło porażkę. Wam się udało. Przed wami ostatni etap. Tylko jedna przeszkoda dzieli was od celu, którym jest wstąpienie w nasze szeregi. Test jest relatywnie łatwy, ale jego wynik zdecyduje o tym, kto wyjdzie stąd z umową o pracę, a kto z biletem do domu. Poprzednie próby dały wam pojęcie o potędze naszej organizacji. Zatem wiedzcie, że w tym pokoju nie obowiązuje żadne prawo poza naszym. Jedynymi zasadami tu są nasze zasady. Dostaniecie jedno pytanie, na które oczekujemy jednej odpowiedzi. Próba kontaktu ze mną lub strażnikiem skończy się dyskwalifikacją. Uszkodzenie swojego arkusza, umyślne lub nie, skończy się dyskwalifikacją. Decyzja o opuszczeniu pokoju z dowolnego powodu skończy się dyskwalifikacją. Jakieś pytania? Powodzenia Panie i Panowie. Dajemy waszej ósemce osiemdziesiąt minut. Osiemdziesiąt minut na przekonanie nas, że zasługujecie, by do nas dołączyć. Osiemdziesiąt minut, które zdecydują o następnych osiemdziesięciu latach waszego życia. Zaczynajcie.


Po skończeniu swej wypowiedzi nadzorca wyszedł, a kandydaci zostali w pomieszczeniu wyposażonym w monitoring, zegar odmierzający czas osiemdziesięciu minut oraz jednego strażnika. Każda z osób siedzi przy osobnym stoliku, na którym znajduje się kartka i ołówek. Wszyscy kandydaci niemal w jednej chwili odwracają swój arkusz i widzą jedynie biel. Cisza, która trwała jeszcze podczas mowy nadzorcy nadal trwała. Zaczęły się nerwowe spojrzenia wokół siebie. Do chwili, gdy jedna z osób uśmiechając się rzekła:


Hej!  Posłuchajcie. Nie chodzi o to, co powiedział. Chodzi o to, czego nie powiedział. „Próba kontaktu ze mną lub ze strażnikiem skończy się dyskwalifikacją.” Ale nie powiedział, że nie możemy rozmawiać ze sobą.


Dopiero od tego wniosku zaczęły się rozmyślania o kolejnych i kolejnych. Następnie szukanie pytania i odpowiedzi. Dochodzenie o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego kartki są puste? O jakie pytanie chodzi? Ludzki umysł jest zatrważająco dziwny. Doszukuje się skomplikowanych teorii; myśli, że łatwe rozwiązania są zbyt błahe, szuka najtrudniejszych. A jak się okazuje, to te łatwe są tymi najbardziej trafnymi. Ten film właśnie to ukazuje. Przewrotność ludzkiego mózgu i mechanizmy, jakimi się kieruje. Chcemy za wszelką cenę pokazać jacy jesteśmy inteligentni, błyskotliwi, pomysłowi. Niestety to prowadzi do jeszcze większych zawiłości. Takie szukanie dziury w całym. Pokażę Wam teraz w czym tkwi problem. Kartki są puste. Przeanalizujcie wypowiedź nadzorcy. Jak brzmi pytanie? Zadał tylko jedno. "Jakieś pytania?" Jaka zatem jest odpowiedź? - zostawiam to Wam.


"Gdyby mózg był tak prosty, że moglibyśmy go zrozumieć, bylibyśmy tak prości, że nie zdołalibyśmy tego zrobić." - Lyall Watson




Artystka pisze bloga .. 2014-12-04. 22:00

Siedzę znużona, próbując napisać tych parę słów jako nową notkę do bloga. Ale nie idzie. Nic a nic. Dla każdego, nawet takiego, co robi to hobbistycznie czasami trafia moment, że nie wie o czym pisać... Mówi się wtedy o "braku weny". Ciekawą kwestią jest to, że prócz nas - zwykłych laików, są ludzie, którzy postanowili żyć z pisania, malowania, rysowania... Ale nie chce ograniczać tematu tylko do tego, chodzi także o sportowców, graczy giełdowych, hazardzistów i innych, bo to coś więcej. To jest być albo nie być. Życie trwające w niepewności o najmniejszy zarobek. Jednego dnia sprzedaż dzieło warte tysiące złotych, a przez kolejne tygodnie nic. Jednego dnia wygrasz zawody, walkę - zdobędziesz pieniądze, a kolejne nie... I tak dalej, i tak dalej. Takie koło fortuny, w którym raz wylosujesz szczęśliwe pole, a raz pechowe. I choć czasem tracisz motywację, nadzieję, to mimo to walczysz i grasz dalej. W poszukiwaniu odpowiedzi, dlaczego wybierają taki sposób na życie, na robienie tego nie tylko dla pasji, ale też w celach zarobkowych, znalazłam ciekawy wywiad o moim uzdolnionym rówieśniku.


[…] Ołówki to moje najważniejsze narzędzie pracy, ale nie tylko kreska tworzy portret. Techniki, jakie stosuję, zostaną jednak tajemnicą – uprzedza kolejne pytania. Rysuje niemal wyłącznie portrety, które niezwykle wiernie oddają rzeczywistość. – Świadomie wybrałem fotorealizm. […] Talent Mariusza przeszedł już jedną, poważną weryfikację. Za pierwszym podejściem dostał się zaraz po maturze na Akademię Sztuk Pięknych. – Musiałem jednak zrezygnować z powodów finansowych, ale wrócę na moje wymarzone studia!  Zarabiam na malowaniu portretów na zamówienie i chcę odłożyć tyle, żebym mógł się sam utrzymać i dokończyć naukę. To mój najważniejszy cel. Jestem uparty, więc musi się udać. […]


Chłopak ten jest niepełnosprawny, urodził się z wadą genetyczną przedramion, ale mimo to oddał się bez reszty sztuce. Takich przypadków jest oczywiście więcej, gdyż są i nawet sprinterzy z protezami nóg - choćby znany wszystkim Pistorius. Wracając do Mariusza, myślę, że dzięki temu, co robi czuje się spełniony zawodowo. Przecież wielu z nas ma pracę, której nie lubi ani nie jest ona żadną pasją. A on nie dość, że robi to z przyjemnością, z wielkim uczuciem, to jeszcze ma za to pieniądze. Czegóż chcieć więcej? ;)


Poza osobami uzależniającymi swoje zarobki od przypadku z poczucia "duszy artystycznej" jest wiele ludzi, którzy nie powinni tego robić. Jedną z nich jest z pewnością Angie Bachmann.
Charles Duhigg w swojej książce "Siła Nawyku" rozwodzi się o przypadku Angie - 40letniej żony, której szczęście przynosiło zajmowanie się swoimi dziećmi. Doprowadziła ona do utraty miliona $ w hazardzie (i twierdziła, że nie powinna być pociągnięta za to do odpowiedzialności, ponieważ kasyno wykorzystywało jej uzależnienie od hazardu, ale to nie jest tematem).
Była dobrą matką swoich dzieci i realizowała się w tym. Jednak dzieci zaczęły dorastać, a ona czuła się niedoceniana. I tu pojawił się hazard. Emocje związane z ryzykiem pozwalały zapomnieć o kłopotach narastających w domu. Pojawił się też nawyk. Angie próbowała odejść, jednak kasyno kusiło ją bonami, wycieczkami do Las Vegas i innymi. Znowu wróciła do hazardu, na nowo poczuła się kimś.


Powyższy przypadek ewidentnie pokazuje, że hobby jako sposób na „łatwy pieniądz” nie zawsze równa się ze szczęściem samego siebie i innych. Co nie oznacza oczywiście, że mamy rezygnować z marzeń, bo to byłby absurd. Lekcją, jaka ma z tego płynąć jest fakt, że do wszystkiego należy mieć odpowiedni dystans. Tutaj z powrotem wrócę do wcześniej opisanego przeze mnie Mariusza. On jest właśnie znakomitym przykładem człowieka zdystansowanego i dzięki temu też pewnie odniósł sukces.


Czy chciałabym brać z niego przykład?


Sama nie wiem. Wydaje mi się, że jestem za słaba psychicznie, by być artystką. Chyba wolę pozostać przy pisaniu i rysowaniu wyłącznie dla przyjemności. Nie wyobrażam sobie siebie w tej roli.


„Artystą jest tylko ten, kto z rozwiązania potrafi uczynić zagadkę.” Karl Kraus


Źródło wywiadu: http://swidnica24.pl/ludzie-z-pasja-mariusz-kedzierski/




"Być inteligentnym, to bardzo męczące." .. 2014-12-02. 18:08

Jak społeczeństwo rozpoznaje inteligentnych ludzi? Co jest jej wyznacznikiem?


Z tego, co zauważam, to dużo ludzi zwraca uwagę na wiedzę. Hm, ale wiedza to pojęcie względne. Można zabłysnąć dzięki jednej dziedzinie, która dla przeciętnego Kowalskiego może być czymś fantastycznym, ale z innych, które z kolei dla Kowalskiego są błahostką, można się zbłaźnić. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. ;) Dla jednego jesteś inteligentny, dla drugiego nikim. Na co jeszcze zwracamy uwagę? Na poglądy. Tu się zgodzę. Poglądy kształtują inteligencję w człowieku. Jednak te z kolei też bywają różnorodne. Seks po ślubie, abstynencja, brak chęci na imprezy... I tym podobne. Myślisz: "Trzeba być idiotą żeby mieć taki sposób życia. To zbyt moralne. Moralność nie jest modna". A są osoby, które szanują to u innych. Ja do nich należę. Mimo że nie praktykuję tego wszystkiego, to jednak widząc te cechy u ludzi, czuję podziw. Trzeba mieć dużo siły i wstrzemięźliwości w sobie, aby w tym wytrwać. Pora na kulturę osobistą. Myślę, że ona też tu odgrywa pewną rolę. Trzeba też pomyśleć i wykazać się odrobiną szacunku, aby pokazać, że się ją posiada. Najprostszym tego przykładem jest zwykła randka. Chcesz ją oczarować? Używasz mózgu - traktujesz ją jak damę. Otwierasz jej drzwi, odsuwasz krzesło. Niby prozaiczne gesty, a wymagają odrobiny pomyślunku - inteligencji.


Co ludziom najbardziej imponuje?


Na to pytanie również nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mogę na nie odpowiedzieć biorąc pod uwagę najczęstsze spotykane przeze mnie cechy. Statystyka bywa różna niestety. Ale z osobistych obserwacji wnioskuję, że na pierwszym miejscu będzie wykształcenie, tj. rodzaj ukończonej szkoły bądź też uczęszczanie do niej. Im bardziej wyszukany kierunek, tym lepiej. Czy to dobrze, że zwracamy na to uwagę? - Uważam, że tak, bo świadczy to nie tylko o sile wiedzy, ale też o poziomie dojrzałości. Wszak są tacy, którzy idą na tzw. łatwiznę i wybierają mało ambitne kierunki, bo tak im po prostu wygodniej, nie chcą się wysilać. Słusznie padł tutaj argument o ambicji. To dobre słowo, gdyż dla mnie ambicja też świadczy o inteligencji. Drugie zaszczytne miejsce na mojej liście zajmuje zasób słownictwa. Mmm, nasza kochana polszczyzna lubi być kaleczona przez ludzi. Już nie mówię o co drugim słowie na "k", ale o znajomości podstawowych definicji z życia codziennego. Największą rolę odgrywa tutaj zaskoczenie. Odkrywasz dzięki komuś nowe, ciekawe określenie, zwrot i myślisz "no, no. Tego nie wiedziałem. Imponujące, że wie o takich rzeczach".


Jednak inteligencja to nie obnoszenie się swoją wiedzą, poglądami. Nie bądź przemądrzały, ale umiejętny. Inteligencja to nie nadgorliwość w pokazywaniu "czego to ja nie wiem". To dojrzałość emocjonalna i wyczucie taktu w życiu. A te z kolei jest niezależne od wieku. Nie ten mądrzejszy, kto głośniejszy i nie ten mądrzejszy, kto starszy. 


Tak więc inteligentny stajesz się wtedy, kiedy zechcesz to pokazywać, kiedy inteligencja ma być Twoją dumą.


Pamiętaj, że mądrość nie idzie w parze z inteligencją. To dwa różne pojęcia.


"Ktoś przecież musi być inteligentnym." Tomasz Mann






"Wcześnie wykryta inteligencja jest uleczalna." .. 2014-12-01. 19:07

Zastanawiałam się kim ja jestem, a nie zwróciłam uwagi na to, kim są otaczający mnie ludzie. Ostatnie tygodnie udowodniły, że nie mogę być pewna żadnej ze swoich hipotez na ten temat. Chyba przyszedł czas, by pisać wprost. Na wylanie z siebie pełnej szczerości. I choć wielu ludzi może mnie za to oceniać, nie obchodzi mnie to. Myślałam, że będzie moją bratnią duszą, dobrą przyjaciółką. Przecież bardzo ją polubiłam. Zwierzałam ze wszystkiego choć tak naprawdę krótko ją znam. Miałyśmy się spotkać. Cieszyłam się na ten wyjazd. Myślałam, że jest inna... Z dnia na dzień przestała się odzywać, a za powód podała kłamstwo, którym podobno ją poczęstowałam. Nie wiem o co jej chodziło. Nawet z perspektywy czasu nie chcę wiedzieć. Nie wiem jak można tak traktować ludzi. Jajakoja to przeszłość. Nie wiem kim jest ta dziewczyna... Nie wiem jakie miała zamiary wobec mnie. Może tylko sprawdzała czy może nie piszę z facetem, z którym ona wcześniej pisała. Zresztą nie będę tu prała jej brudów. Spekulacji mam wiele. Ale czy mogę być pewna którejkolwiek z nich? - Nie. No i teraz Lilka. Moja mała Lilka. Kochana moja, wiem, że to przeczytasz. Smutno mi, że tak postąpiłaś jak postąpiłaś, ale wiedz, że nie potępiam Cię za to. Szanuję Cię jeszcze bardziej, wiesz? Bo trzeba mieć twarz i odwagę żeby przyznać się publicznie do błędu i przeprosić, podkreślam przeprosić. Każdemu z nas zdarza się zbłądzić, ale najważniejsze, aby samemu dochodzić do swoich potknięć, błędów, a potem je skrzętnie naprawiać. Jeszcze zdążysz opowiedzieć mi swoją historię. A na kawie i tak się spotkamy. ;) I pora na temat najtrudniejszy dla mnie. Być może jutro będę żałować, że opisałam to wszystko ze szczegółami, ale czuję, że teraz, dzisiaj, pierwszego grudnia o siedemnastej czterdzieści cztery muszę to zrobić. Widzieliście sporo komentarzy od niejakiego Rafała. Nasze relacje są, a właściwie teraz to już były dosyć zawiłe. Odkąd się poznaliśmy, mieliśmy kontakt codziennie. (czuje się jak durna nastolatka! :o) Pisaliśmy i rozmawialiśmy telefonicznie. Z czasem, jak się wszyscy domyślacie, zaczęło nam na sobie zależeć. Tylko bez szaleństw! Żadna miłość. - to nie telenowela. Mieliśmy się spotkać. Mieszkamy w różnych województwach, nieważne jakich. Nie wiem czemu, ale to spotkanie miało mnie uświadomić, że on istnieje, że moje obawy są bezpodstawne. Tak, obawiałam się, że coś mi kręci, że coś jest nie tak, że coś ukrywa. Po prostu taką miałam intuicję. Odganiałam te myśli, ale one tak czy owak wracały. I nie zniknęły do dzisiaj. Wciąż nie wiem kim jest, czy jego słowa były prawdziwe, czy jego tożsamość jest prawdziwa. Dlaczego? - Bo nigdy się nie spotkaliśmy. Jadąc do mnie samochodem miał wypadek. Ba, bynajmniej tak twierdzi, ale nie wiem już czy mam w to wierzyć. W dniu przyjazdu dzwonił do mnie o godzinie 5:58, rozmawialiśmy równą minutę. Mówił, że do mnie jedzie, był szczęśliwy, czułam jego radość. W tamtej chwili odzyskałam wiarę w to, że on istnieje. Rozmowę zakończył krzyk i nieustający dźwięk klaksonu. Przestraszyłam się, nic dobrego to nie wróżyło. Próbowałam oddzwonić, ale od tamtej pory telefon był wyłączony. Wciąż coś mi nie pasowało, wciąż nękały mnie wątpliwości. Po ośmiu godzinach od felernej rozmowy postanowiłam dzwonić na policję, gdyż wciąż nie było z nim kontaktu ani nie dotarł do mnie. Policjantowi wyjaśniłam całą sytuację i zapytałam o ewentualny wypadek z jego udziałem. Podałam każdy szczegół. Imię, nazwisko, wiek, markę i model samochodu oraz trasę, jaką miał się poruszać. Jednak policjant stanowczo powiedział, że taka osoba nie uległa żadnemu wypadkowi drogowemu. Troszkę mnie to uspokoiło, ale dalej nie wiedziałam co się z nim dzieje. Dalej się zamartwiałam. Dopiero następnego dnia rano otrzymałam sms-a. Napisała go jego siostra z jego komórki. Nie pamiętam dokładnej treści, ale nawyzywała mnie w nim. Napisała, że mnie nienawidzi, że zabrałam jej brata, że przeze mnie nie żyje. Dodała, że całą dobę walczył o życie. Byłam zdruzgotana, załamana. Obwiniałam siebie o śmierć człowieka, którego nie zdążyłam nawet dotknąć. Ale nic mi nie pasowało. Jak mógł dobę walczyć o życie? Policja mówiła, że nie było wypadku, a o takim na pewno by mnie poinformowano. Dzwoniłam... Pisałam... Ale wciąż otrzymywałam jedynie milczenie. Bez względu na wszystko postanowiłam uwierzyć w jego śmierć. Tak było mi łatwiej, mimo że czułam, iż to kompletne bzdury wyssane z palca. Tym bardziej, że miałam świadomość o tym, że jego rodzina jest przeciwna mnie i temu wyjazdowi do mnie. Jednakże tak mi było wygodniej, zdecydowanie lepiej dla mojej psychiki. Uwierzyłam w to, przeżyłam swoją żałobę i wyleczyłam się. Minął chyba tydzień i czułam się naprawdę dobrze, wróciłam do formy. Jak na mnie, to i tak bardzo szybko. Cieszyłam się, że jestem silna, że potrafię walczyć. Do czasu... Bo pewnego dnia kiedy wróciłam do domu z nocnej zmiany w pracy, nagle zadzwonił telefon. Patrzę Rafał. I myślę "jejku, czego ta kobieta chce?!". Ale to nie była jego siostra. Nigdy nie słyszałam jej głosu, ale wątpię żeby był tak mało kobiecy. To był głos Rafała. Dreszcze przeszły mnie po plecach, przestraszyłam się. Czułam się jakbym rozmawiała z duchem, jakbym oszalała. Nawet nie pamiętam co wtedy mówił, ale moją pierwszą reakcją były słowa "to Ty żyjesz?!", a on śmiejąc się odpowiada "a czemu miałbym nie żyć? Stoję tu i rozmawiam z Tobą.". Opowiedziałam mu co zrobiła jego siostra, z którą podobno jest mocno zżyty. W głowie mi się nie mieści, że można dopuścić się czegoś tak okropnego. Chyba trzeba nie mieć serca i żadnych uczuć. Kobieta bez skrupułów - tak bym ją oceniła. Długo nie rozmawialiśmy. Niby byłam śpiąca po całej nocy pracy, ale nie mogłam zasnąć. Wątpliwości wróciły. W tym wszystkim po prostu coś nie gra. Jak można było nie odzywać się tak długo? To niepojęte. Nie czułam już tego, co kiedyś. Czułam przed nim strach. Przecież wbiłam sobie do głowy, że nie żyje. A tymczasem znowu przewrócił moje życie do góry nogami. Powiedziałam, że możemy utrzymywać kontakt, ale nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Czułam się nieswojo i nie kryłam tego przed nim. Kontakt z początku nie był już tak częsty i nie odbierał na tych samych falach. Mimo wszystko serce nie sługa. Minęło sporo czasu, ale wbrew jego rodzinie, znowu postanowiliśmy dać temu szansę. Wierzyliśmy, że damy sobie z tym wszystkim radę choć doskonale wiedzieliśmy, że za tą wiarą kryje się więcej naiwności niż światła nadziei. Mimo tego starałam się czerpać z tego przyjemność i nie myśleć o konsekwencjach. I jak to zwykle bywa, sielanka się kiedyś kończy. W tym przypadku również. Z dnia na dzień przestał odbierać ode mnie połączenia i odpisywać na wiadomości. Dwa dni dzwoniłam i nic. Wiedziałam, że znowu się przejechałam. Że niepotrzebnie dałam mu szansę na coś więcej. Przecież nigdy się nie widzieliśmy. To było jakieś chore. I jak się domyślacie, jego siostra znowu napisała do mnie. Tym razem, że jej braciszek jest na chirurgii i rzekomo od tego uderzenia głową o kierownicę. Powiedziałam sobie "koniec! Koniec tego! To jakiś cyrk." Postanowiłam, że dam temu spokój. Ileż można wyczytywać tych kłamstw? Ja już w nico nie wierzę! Mam dość tej całej sytuacji. Nie mam z nim kontaktu do dzisiaj. Nie wiem co się stało. Czy zasłabł, czy co? Ale przecież gdyby chciał, to by się odezwał. Nie chce myśleć, czy mam rację, czy nie mam. Ten człowiek nie jest wiarygodny i od początku o tym wiedziałam. Chciałam wierzyć, że się mylę, ale nie dało się. Wciąż nie wiem kim jest ten człowiek i czego ode mnie chciał. A kim jestem ja? - Niestety też nie wiem. Przepraszam.




e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]