Blog (nie)dojrzałej kobiety


Chrześcijańsko-ateistyczna burza .. 2014-07-31. 20:16

Temat istnienia Boga wywołał spore kontrowersje. Nie spodziewałam się aż tak wielkiego zainteresowania. Kilka blogów powieliło mój temat, dodając przy tym swoje przemyślenia. Bardzo mi miło, że podyskutowaliście wraz ze mną o tych niuansach. To dowód na to, że temat Boga zawsze będzie nie wyjaśniony, zawsze będzie wywoływał burzę poglądów. Tak właściwie to zaczęło się od mojej matury. Wybrałam sobie temat do ustnej prezentacji z języka polskiego: Postrzeganie Boga przez malarzy i pisarzy. Sporo czytałam na temat Boga. Przeanalizowałam wiele obrazów, wierszy, książek... Od lat fascynuje mnie to zjawisko. I dopiero teraz dojrzałam do ateizmu. W tym miejscu chciałabym również przekazać wyrazy uznania dla blogerki 3metrynadniebemx3, ponieważ wykazała się ogromną tolerancją i zdroworozsądkowym myśleniem. Pozwolę sobie zacytować słowa z jej ostatniego wpisu, do którego m.in. ja ją zainspirowałam: "Ja szanuję ateistów. Nie tylko dlatego, że staram się szanować każdego człowieka. Szanuję ich dlatego, że aby być ateistą trzeba mieć jaja. Lepiej być ateistą niż katolikiem na pół gwizdka. Człowiekiem, który twierdzi, że jest katolikiem, a krzywdzi notorycznie innych ludzi. Nie obchodzi go cierpienie innych ludzi. Człowiekiem, który nazywa się katolikiem, a od miesięcy nie był w kościele, nie zmówił modlitwy. Wbrew pozorom wielu jest takich ludzi. Ateiści przynajmniej są określeni, mają swoje przekonania i żyją według nich." Naprawdę wielki szacunek dla Ciebie za tą notkę.


Darmowy hosting zdjęć


Dziękuję.




Moja wizja katolicyzmu, czyli wszystko co mnie w nim irytuje .. 2014-07-30. 15:00

Zgodnie z zapowiedzią opowiem Wam o mych poglądach na katolicyzm. Moim celem nie jest zmuszanie kogoś do odejścia z kościoła. Jestem człowiekiem tolerancyjnym, nie dyskredytuję nikogo za religię. Jednakże bardzo zbrzydło mi to całe chrześcijaństwo. Życie tak naprawdę dopiero pokazuje poprzez doświadczenia, że nie warto zagłębiać się w wiecznej wierze.


Przechodząc do meritum mej notki zacznę od wszechobecnej pedofilii wśród księży, ich romansach z zakonnicami czy też zwykłymi kobietami. Przecież to nie do pomyślenia żeby takie rzeczy miały miejsce - powie każdy katolik. A ja się temu w ogóle nie dziwię. Nie twierdzę, że to popieram rzecz jasna, ale jak powszechnie wiadomo: ksiądz też człowiek. Też ma popęd seksualny, swoje potrzeby, ma taki sam organizm jak my wszyscy. Święcenia kapłańskie nie odbierają mu seksualności, hormonów ani przyrodzenia. Księża również miewają chęci spełnienia się. I dziwić się, że romansują z kobietami? - Nic dziwnego, jak dla mnie. Skoro kościół nałożył na nich celibat, to co mają zrobić? - Przecież nie będą ciągle brali wszystkiego "we własne ręce". Oczywiście molestowanie dzieci to już jakieś zboczenie na tle psychicznym, to już pewnie nawet nie przez celibat moim zdaniem. Gdyby księża mogli normalnie, legalnie zakładać własne rodziny, mieć żony, dzieci - na pewno nie byłoby żadnych pedofilii wśród księży. Jestem o tym przekonana. Nie uciekaliby się to takich rozwiązań, bo mogliby jak ludzie współżyć z kobietami bez ukrywania się. Przecież były czasy, kiedy celibatu nie było i komuś nagle ubzdurało się żeby nałożyć, to teraz mają... Ktoś mógłby mi zarzucić takowym cytatem: "Dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą." (1 Kor 7,1). Dla mnie to jakaś paranoja, ponieważ człowiek wszak żyje po to, aby łączyć się z osobą  płci przeciwnej w pary. To jak mamy w takim razie przedłużyć gatunek, skoro List do Koryntian wyraźnie tego odradza?! Ja rozumiem, że nie jest to nakaz, lecz tylko rada. Jednak cóż to za rada, jeśli hipotetycznie wszyscy bylibyśmy gorliwymi katolikami i wszyscy nie łączylibyśmy się w związki małżeńskie (partnerskie również nie wchodzą w grę), słowem żylibyśmy w samotności, bez jakiegokolwiek współżycia seksualnego, to przecież ludność by wymarła! Tego chce ten Wasz bóg?! Zdaję sobie również sprawę, że mężczyźni chcący pójść do seminarium robią to dobrowolnie, wiedząc o wiążącym się z tym faktem musowym celibacie. Jednak pomimo to może być również tak, że przez pierwsze lata wytrzymują w swej przysiędze, a z czasem zaczynają się problemy. Organizmu nie da się oszukać. Popęd zawsze był, jest i będzie. Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu ówczesny papież Franciszek rozważał zniesienie celibatu, za co został natychmiastowo zlinczowany. I dlaczego?! Bo głupawy lud nie widzi w tym pozytywnych aspektów. A byłaby to jedna z lepszych decyzji. Ludzie jak małpki przyzwyczajają się do tego jak jest i kiedy słyszą o zmianach, jest to dla nich jakąś wielką abstrakcją.


Kolejnym jakże dziwnym dla mnie aspektem, jaki chciałabym poruszyć jest spowiedź. Jestem pewna, że więcej katolików się nie spowiada niż spowiada. Z czego to wynika? Dla mnie osobiście to jest naruszanie czyjejś prywatności. Jeżeli ten bóg gdzieś tam jest (wedle katolicyzmu), to przecież widzi kto jakie grzechy popełnia i niepotrzebne są w tym wypadku żadne spowiedzi do księży. Tak, wiem, bo podobno ksiądz jest pośrednikiem między bogiem a człowiekiem. Ale tak, jak już wspomniałam, przecież bóg to widzi, a z kolei co ksiądz może zrobić? Da rozgrzeszenie zamiast boga i każe odmówić różaniec? Żarty! Według mnie rozgrzeszenie dajemy sobie sami. Sami musimy czuć w sercu, że zrobiliśmy coś złego i szczerze tego żałować. Wtedy sami siebie rozgrzeszamy, dając ulgę swej duszy. Te wszystkie "procedury kościelne", że tak to ujmę są dla mnie jakimś chorym wymysłem. Przecież i tak bardzo mały odsetek ludzi robi to regularnie i jakimś cudem widzi w tym coś dobrego. Odnośnie spowiedzi jest również jeden mały szkopuł. Mianowicie jej tajemnica. To jest dopiero temat rzeka. Przyjrzyjmy się w takiej hipotetycznej sytuacji: jest sobie człowiek, nazwijmy go "X", który dopuścił się zabójstwa. Jest gorliwym katolikiem, ciąży mu wina na sumieniu i idzie pod konfesjonał wypłakać się księdzu. Boi się przyznać policji, że dokonał tego straszliwego czynu, gdyż wie, że wiąże się to z karą pozbawienia wolności. Policja, jak to policja, ma problem ze znalezieniem winowajcy. Wkrótce podejrzenia padają na kogoś innego, na "Y". Ten jest głównym podejrzanym i został umieszczony w areszcie śledczym, najprawdopodobniej pójdzie do więzienia, bo wiele poszlak wskazuje właśnie na niego. Ksiądz przez cały czas wie, że to "X" dokonał tego czynu, jednak nie pójdzie zeznawać na komisariat, ponieważ obowiązuje go tajemnica spowiedzi pod groźbą "utraty sutanny", mówiąc kolokwialnie. I teraz taki Iks jest sobie na wolności, księżulek dał mu rozgrzeszenie, a Igrek najpewniej pójdzie za niego "siedzieć". Pięknie, cudownie. Bo "Pan w czarnej sukience" woli żeby go sumienie zjadło niżeli powiedzieć o wszystkim i dosięgnąć sprawiedliwości. To jest cały katolicyzm. Wiadomo, że jeśliby zdjąć tajemnicę spowiedzi (tylko w poważnych sprawach dot. morderstw, zabójstw itp.), to nikt nie spowiadałby się z takich rzeczy - logiczne. Jednak jak już wspomniałam, rozgrzeszenie dajemy sobie sami poprzez wewnętrzne żałowanie, szczerą skruchę.


Od spraw przyziemnych przejdę teraz do tych związanych z samymi wierzeniami. Otóż jak powszechnie wiadomo Jezus był jedynym synem Maryi i Józefa. Obaliłabym to jednym cytatem, ale pozwolę sobie na kilka. "Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Miriam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas?" (Mt 13, 55-56) I tu od razu wtrącę tylko, że w czasach Jezusa, zwrotu "bracia i siostry" używało się tylko w stosunku do rodziny. Dopiero później zaczęto mówić tak na współwyznawców. Dowodem na to są kolejne dwa podobne do siebie, mówiące o tej samej sytuacji cytaty: "Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: ‘Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą’." (Łk 8, 19-21) oraz "Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tam tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: ‘Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie’. Odpowiedział im: ‘Któż jest moją matką i [którzy] są moimi braćmi?’ I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: ‘Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni moją wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką’." (Mk 3, 31-35) Zaraz ktoś mi powie: Przecież nie wierzysz w Biblię. - Owszem, ale katolicy wierzą, a ja chcę im pokazać jak bardzo mylą się w swoich wierzeniach. I chociaż tak naprawdę tym ostatnim przytoczonym przeze mnie cytatem można powiedzieć zmiażdżyłam swoją teorię o rodzeństwie Jezusa. Nic bardziej mylnego. Na to również jestem przygotowana. Bo po mimo tego, że wyraźnie podkreśla tutaj pełnienie woli bożej i stąd owe zwroty, to wszyscy tam zgromadzeni byli jego rodziną, co jest niepodważalne. Są nawet wyraźnie wypowiedziane imiona w ewangelii wg świętego Mateusza. Tak więc jeżeli Jezus miał rodzeństwo, to skąd kult Maryi „zawsze dziewicy”? Nawet jeżeli Jezus był poczęty z boga (w co również nie wierzę), to już przecież jego rodzeństwo wyklucza ją z dziewictwa. Ta jej cała czystość jest niebywale absurdalna tak, jak zresztą cała wiara w boga i we wszystko co wiąże się z katolicyzmem.


Ponownie zastrzegam sobie, że nie miałam zamiaru obrażać niczyich uczuć religijnych, wygłaszam wyłącznie swoje zdanie na ten temat, które nie jest nigdzie zabronione. Nie napisałam nic, co mogłoby naruszyć jakiekolwiek normy moralne, etyczne czy prawne.



Zapraszam do dyskusji.




Ateistyczne szczęście .. 2014-07-30. 12:46

Zaczynam od nowa. Słowo moje spełniło się. Odeszłam stamtąd. Czuję się o niebo lepiej. To ta praca mnie tak wykończyła. Jestem pewna. Nareszcie zmieniłam pracodawcę, nareszcie mogę podjąć się od nowa pracy. Ostatnio pisałam o tym bardzo poetycko, co mogło być zaskoczeniem. Taka niepozorna Kejt, a też potrafi :) Jest lepiej, co jest niepodważalne. Moim nowym celem jest zaczęcie życia od nowa poza rodziną. Uparcie będę do tego dążyła. O nic już nie poproszę Boga, przestałam w Niego wierzyć. Stałam się zadufaną w sobie ateistką. Nauczyłam się, że za każdym razem jak prosiłam o cokolwiek, nigdy tego nie dostawałam, a wręcz przeciwnie - było tylko gorzej. Zabierał mi wszystko, dawał tylko cierpienie. Czy ja go obwiniam za swoje nieszczęścia? - Przecież to jakiś wymysł. Boga nie ma. Cały katolicyzm to dla mnie wielka ściema. Ja tylko wierzę w miłość. To mi wystarczy. Nie mam zamiaru obrażać czyichś uczuć religijnych, chcecie to sobie wierzcie w to wszystko. Zobaczcie może najpierw też ile niuansów jest w Piśmie Świętym. Wszystko mija się z prawdą. Życie mnie nauczyło, że trzeba być twardym i samemu o wszystko walczyć. Proszenie kogokolwiek, a już tym bardziej czegoś/kogoś, kogo nie ma jest zupełnym absurdem. Zdaję sobie sprawę, że zaraz mogę mieć nagonkę w komentarzach, ale jestem otwarta na wszelkie dyskusje. Wracając do mnie... Widzę postęp w życiu. Przestałam szukać na siłę, przestałam prosić, przestałam wyczekiwać. Moje szczęście przyszło samo w najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie. Wtargnęło i rozproszyło się we mnie. Takie momenty to nie zasługa Boga, jak myślą ci wszyscy chrześcijanie... To zasługa mej cierpliwości, siły i odwagi, by nie szukać.


A o mej ateistycznej wizji, która zepchnęła kościół na boczny tor jeszcze kiedyś obszernie napiszę. O wszystkim, co mnie wkurza i irytuje.


Pozdrawiam - KimJestem.




Mój kardiolog .. 2014-07-26. 13:54

Stanęłam na nogi. Czuję, że odżywam.
echo mojego serca odbija się między naszymi ciałami.
rosnę w siły z każdym dniem coraz bardziej
cichutko szepcąc nocą do księżyca,
emanując światło rozświetlające wygasłe gwiazdy.

cała galaktyka pojaśniała blaskiem mej radości
haftując szlak promieniami swymi.
oczy me chłoną jasność wszechogarniającą,
ćmiąc bezkresne niebo, zostawiwszy blask księżyca.

ciemność garnie lud do snu zostawiając me bezsenne serce.
harmonią jego jest dźwięk Twego oddechu,
odwiecznym zaś spokojem dotyk Twej dłoni
rozgrzewający krew w aorcie.
esencjo moja, tlenie mój, dając mi siebie, dajesz mi wszystko
,
kochając unieśmiertelniasz serce, duszę i ciało.
odnalazłeś brakujący element mego życia,
czyniąc z siebie wielkiego bohatera.
heroicznie zespoliłeś go z nim,
a ja po wieki wdzięczność swą okazywać będę.

mijają dni, noce, lekarzu mój,
obdarowałeś mnie cudem.
cierpienie me wypłynęło,
na zawsze już odeszło.
i kiedy obejmą Cię oczy moje,
ewoluuje ocean szczęścia.
ja wypiszę na nim me uczucie.




Człowiek rozrusznikiem serca .. 2014-07-20. 11:27

Jedna decyzja. Jedna chwila. Tyle wystarczy, by zmienić całe swoje życie. Mnie się udało.


Błądziłam marzeniami, nie wierzyłam w swoje szczęście.
entuzjastyczno-autystyczny powiew pomykał wokół mnie.
z małej, cienkiej nici wyrosła wielka szpula nadziei.

Cokolwiek by się nie stało, nigdy nie będę żałować.
i choćby los znowu stawiał kłody pod nogi, przeskoczę je.
efektem tego będzie uszycie ze szpuli nici nowego życia.
bo tam, gdzie przeskakujesz mur, tam kończy się wszystko
i zaczyna nowa utopia.
edenem mojego życia będzie ryzyko, które codziennie podejmuję.

jakkolwiek to się skończy, będę dumna.
egzystencjalne myśli odrzucę na stos śmieci wraz z cierpieniem.
stanę pośrodku, między życiem a śmiercią.
tej drugiej splunę w twarz, temu pierwszemu powiem "witaj".
eleganckim uśmiechem zaproszę do siebie.
moje nowe, wspaniałe życie ugoszczę na zawsze w sercu.

nawet jeśli przez chorobę umrę, umrę szczęśliwa.
i nigdy nie zwątpię, że los wreszcie dał mi coś pięknego.
każdą chwilę będę szanować, pielęgnować jak najdelikatniejszy kwiat.
i choćby to miało być jutro,
mój kres będzie doskonały. Odejdę z Tobą w sercu.




Imany vs Popowska .. 2014-07-13. 15:38

Szanowna Katarzyna Popowska nie popisała się talentem muzycznym. I to jeszcze moja imienniczka. Wstrząsające po prostu. Mowa tutaj o ewidentnym podobieństwie melodycznym w jej utworze z dziełem Imany. Czy tylko ja widzę, że ta denna piosenka to nieudany plagiat tak wspaniałej piosenki, jaką jest piosenka Imany pt. You will never know? Słuchając tej piosenki ostatnio w radiu miałam nieodparte wrażenie, że skądś znam tę melodię, że gdzieś ją słyszałam. Tylko nie mogłam sobie przypomnieć jaki to utwór. Wreszcie wydumałam, że to właśnie piosenka You will never know, która dla mnie osobiście jest piękna. Ludzie potrafią dla kasy i sławy zrobić naprawdę wszystko. Upodabniają się do innych nie tylko w wyglądzie, zachowaniu, ale jak widać również i w kopiowaniu twórczości. I nikt mi nie powie, że nie mam racji! To samo jest tutaj na e-blogach. Masa wpisów przerośnięta głupotą i nieudaną kopią innych. Warto czasami pomyśleć i napisać coś swojego. Na pewno większa satysfakcja niż żerowanie na cudzym wysiłku.


Załączam do porównania oba utwory. Komentujcie :)


 














Utopijne marzenia .. 2014-07-11. 20:12

Myślałam, że dorosłam... Myliłam się i to grubo. Wciąż popełniam te same błędy. Głupie błędy, których już żałuję i znowu przyjdzie mi za nie słono zapłacić. Dlaczego jestem taka słaba? Już raz dostałam za swoje i znowu. Znowu zrobiłam to samo! Umoralniam innych, a sama nie świecę żadnym przykładem. Muszę teraz siebie skrytykować. Może chociaż to pozwoli mi pójść po rozum do głowy. Wiem, że to będzie długa droga, bo odjechał sobie na wczasy w długą podróż. Na to wygląda. Przecież marzę o tym, co wszyscy. Chcę być tylko szczęśliwa! To tak wiele? :( Czasami za bardzo się staram, za bardzo chcę. Nie umiem przystopować. Dzisiaj wiem jedno: ciężko będzie mi w życiu już zawsze, bo wiem, że nigdy nie uwolnię się od swojej słabości. NIGDY. Chyba, że mnie strzeli grom z jasnego nieba, to może coś mi się w głowie przestawi. Póki co nie liczę na takie cuda natury. Piszę dość chaotycznie, zbiorowość moich stłumionych myśli. Tak naprawdę tylko ja wiem o co tu chodzi. Kiedyś myślałam, że jestem mądrzejsza... Owszem jestem, ale głupoty też mi nie brakuje i to w niemałych dawkach. Wdziera się niepostrzeżenie w najmniej chcianym dla mnie momencie i wszystko niszczy. Stawia mnie w tragicznej sytuacji. Cokolwiek zrobię, będę cierpieć. Nie uniknę tego. A może jest tak, jak kiedyś już pisałam? Może naprawdę jestem stworzona, aby cierpieć? Może moja teoria wcale nie była taka na wyrost? Wiem tylko, że znowu przyszedł czas, kiedy się sprawdza. Przez chwilę odzyskałam swoje życie, ale znowu je tracę. Po raz kolejny sama je sobie zakopuję. Staram się. Chcę mimo tak małych zasobów sił, złapać łopatę i je odkopać. Wykopać je spod ziemi i oczyścić z piachu, przywrócić je do stanu, kiedy było dobrym życiem. W powstałej natomiast dziurze zakopać wszelkie zło i głupotę, które we mnie drzemią. Zakopać i pozostawić tam na wieczność. Już nigdy ich nie brać ze sobą. Już nigdy.


"Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma własną nazwę. Nazywamy je nadzieją."




DLACZEGO?! .. 2014-07-08. 17:24

Pytanie, które rozwinę za chwilę. Zacznę od tego, że człowiek jest tak dziwnie skonstruowany, że teoretycznie każdy pragnie miłości i bliskości drugiej osoby. Pragnie kochać i być kochanym. Jednak bardzo mały odsetek potrafi to w należyty sposób okazywać. Rozumiem nieśmiałość, wstydliwość... Ale DLACZEGO nie potrafią powiedzieć "kocham"?! Nie chodzi tutaj o codzienne spijanie sobie z dzióbków i monotonne mówienie sobie o miłości, ale o zapewnienie drugiej osobie, że jest kochana. Czy to jest takie trudne? Ludzie nie potrafią okazywać swoich uczuć i emocji, są mało wylewni. Nie rozumiem oziębłości do tego stopnia żeby twierdzić, że się kogoś kocha, a nie okazywać mu tego ani słowami ani gestami. Pocałunek na przywitanie i pożegnanie, okazywanie tęsknoty, przytulanie... Czy tak wiele trzeba? Bardzo często spotykam się z osobami, które doświadczają podobnych sytuacji. Za każdym razem kiedy o tym słyszę, jestem w szoku. Nie rozumiem na czym polega miłość osób tak zimnych i bezuczuciowych. Im się chyba tylko wydaje, że kochają, a tak naprawdę oszukują siebie i drugą osobę, którą jednocześnie ranią. Jak głupim i ślepym trzeba być żeby nie zauważyć tego w partnerze/partnerce? - Odpowiedź jest prosta: Miłość. Po prostu Miłość. To ona sprawia, że przymykamy oczy na sprawy, które nas niekiedy ranią, ale mimo to wybaczamy i dalej trwamy. Sama kiedyś byłam zakochana i ślepa, więc rozumiem, ale kiedyś w końcu trzeba zacząć myśleć logicznie i otworzyć oczy ocierając się z mułu i klap.


Dlaczego ludzie boją się własnych uczuć? Dlaczego tak trudno jest spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć "kocham Cię"? Dlaczego wymaga to tyle stresu i odwagi? Moim zdaniem przyczyny mogą być dwie, z których jedną rozumiem, a drugą miażdżę po same brzegi. Pierwsza to taka, że są ludzie nieśmiali i jednocześnie mocno zakochani, boją się reakcji drugiej osoby na uczucia. A wyśmiewanie tego jest na porządku dziennym. Nie rozumiem ludzi, którzy nie umieją delikatnie odrzucić czyichś względów, tylko śmiać się i szydzić z kogoś. To żałosne. I dziwić się, że potem ludzie tracą tak wiele poprzez jedną przykrą sytuację. Jednak moim zdaniem odwagi trzeba się uczyć. Ja też miałam z tym olbrzymie problemy. Jednak pomyślałam sobie tak: "Skoro chcesz żeby ktoś okazywał Ci miłość, sama ją okazuj. Mów mu jak bardzo go kochasz, jak bardzo Ci na nim zależy." Innymi słowy traktuj go tak jak sama chcesz być traktowana. Sama do tego doszłam i efekty są fenomenalne. Potrafię bardzo łatwo okazać swoje zaangażowanie, swoje uczucia, emocje. Nie stanowi to już dla mnie żadnego problemu. Nie twierdzę, że udało się tak z dnia na dzień, ale to kwestia dni i postanowienia sobie, że dam radę, że bardzo tego chcę. A jeśli mnie się udało, to innym też na pewno się uda. :) A teraz ta druga przyczyna, którą mieszam z błotem i w ogóle depczę na miazgę. A brzmi ona tak, że często mają tak osoby, które kłamią. Po prostu zwyczajnie kłamią i niszczą magię tak cudownego i wartościowego słowa jak "kocham". Tego słowa nie chlapie się na prawo i lewo komu się chce i kiedy się chce. To słowo mówi się z uczuciem, od serca i tylko wtedy kiedy naprawdę to czujemy. W innym wypadku niszczymy definicję miłości. Aczkolwiek jak już niejednokrotnie powtarzałam nie same słowa tworzą związek. Zawsze przytaczam wówczas tylko jeden najbardziej pasujący cytat i będę go powtarzać do końca życia. Jest dla mnie bardzo cenny i zawsze będę się z nim zgadzać. To najczystsza prawda, że jak napisał według mnie najmądrzejszy człowiek jaki się urodził, "Słowami świadczyć miłość, to nie miłość." Więc nawet jeśli już nauczysz się wyznawać swoje uczucie, to same Twe słowa nie wystarczą. Pamiętaj o tym. Twoje najmniejsze gesty są cenniejsze niż Ci się wydaje.


Zawsze jest ktoś, kto Cię kocha. Zawsze.




Gasnę... .. 2014-07-07. 19:07

Resztki moich zapasów sił dawno się wyczerpały. Nie widzę już światełka ku temu, że przyzwyczaję się wreszcie do rannego wstawania. Jestem przemęczona i niewyspana. Wiem, że narzekanie to moja specjalność. Ale mój organizm też ma swoje granice wytrzymałości. Dzisiaj zasnęłam w pracy, kręciło mi się w głowie i robiło mi się słabo. Nie jest to normalne. Już nie raz mi się zdarzało. Wiem jedno! To nie jest praca dla mnie. Nie radzę sobie z tym wszystkim. Zwolnię się jeszcze w tym miesiącu. Najchętniej już wcale bym tam nie wracała. Znowu zaczynam żałować, że w ogóle się tam zatrudniłam... Z dnia na dzień coraz mocniej czuję się tak, jakbym chodziła tam za karę. Nie dość, że samo siedzenie z tyłkiem na krześle przez 8h w nieklimatyzowanej hali jest wykańczające, to jeszcze moja nieodparta chęć snu. Jedynym pozytywnym aspektem tego wszystkiego jest to, że jest osoba, dzięki której aż tak bardzo o tym nie myślę. Nigdy bym się nie spodziewała, że mogłoby tak być, a jednak. Życie jest przewrotne i nieprzewidywalne.


Wybaczcie, że znowu zaczynam z narzekaniem. Myślałam, że już na zawsze uwolniłam się od pesymizmu i smutku. To moje zaskakujące na każdym kroku życie :)


To miała być mądra notka, ale wyszło jak zwykle...


"Człowiek cier­piący na bez­senność jest siłą rzeczy teore­tykiem samobójstwa. "




Mój stan upojenia .. 2014-07-05. 12:02

Nie wiem co to za stan we mnie jest, ale jest mi z nim dobrze. Tak niebiańsko przyjemnie jak narkomanowi po extasy, czy po jakimś innym świństwie. Fajne uczucie oderwać się od problemów, zmęczenia psychicznego, móc wreszcie poczuć, że się żyje. Czuję się tak, jakby już nic mi nie było trzeba. Cudowne uczucie :)) Oby trwało jak najdłużej.


Lubisz myśleć o śmierci? - Ja nie, choć czasami nachodzą mnie myśli o niej.


Jest mi wtedy tak strasznie przykro, że życie w ogóle ma swój kres. Nie chcę go kończyć! Chcę żyć. Nie wyobrażam sobie momentu mojej śmierci. W głowie mi się to nie mieści. Jak to jest umierać? Jak to jest nie żyć? Czemu tak się dzieje? Czemu nie mamy w sobie tyle sił, aby żyć wieczność? Świat jest okropny. Zabierać komuś tak cenny dar, jakim jest życie. To po co ja żyję skoro mam umrzeć? To tak jakby związać się z drugą osobą, a potem ją opuścić i zdać na cierpienie. Miłość powinna być wieczna, raz i na zawsze zupełnie jak życie. Jednak na pewno po coś żyjemy. Po coś istnieje ludzkość. Żyjemy przeciętnie 70 lat i przez tak długi okres na pewno każdemu człowiekowi zdarzy się coś wspaniałego. Coś, czego nigdy nie zapomnimy. Jakieś miłe wspomnienie. Może to właśnie jest sensem życia? - Możliwość osiągania satysfakcji z czegoś, co nam się udało, z czegoś, co sprawiło nam niewyobrażalną radość. Dla mnie sensem życia jest również oddanie się drugiej osobie z miłości i bycie z nią w każdej chwili. Dla jednych życie to walka o przetrwanie w pogoni za pieniądzem, a dla mnie życie to dar, który doceniam bardziej niż banknoty. Jeśli miałabym być bogata, a nie mieć miłości, wolałabym być uboga, ale żyć z miłością do drugiej osoby. To cenniejsze niż kasa. Niby takie oczywiste, ale ile teraz się słyszy, że laski są na tyle puste, że potrafią być z jakimś obleśnym zboczeńcem dla pieniędzy? - Przecież to jest na porządku dziennym. Do tej pory znalazłam tylko dwie osoby wyznające moją filozofię miłości, tj. wieczną i utopijną, jak typowi romantycy. Doskonale wiem, że to zapadanie się w nierealne marzenia, ale już wolę taką miłość niż despotyczną i przepełnioną śmierdzącą toksyną owiniętą w rutynę.


"Gdyby świat był mój, dałabym Ci go."




e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]