Dym po zgaszonej świeczce | Blog (nie)dojrzałej kobiety
Dym po zgaszonej świeczce .. 2019-08-26 ..16:54

Jeśli myślicie, że nikt Was nie czyta albo jedynie desperaci czy przypadkowi przechodnie, to jestem jedną z nich. Czytam i nie mogę oderwać wzroku. Może nie są to wybitne dzieła na miarę Mickiewicza czy innego Słowackiego, ale ja widzę w Was tyle realizmu, prawdy, że nie do wiary. Dawno nie czytałam z zapałem jakiegokolwiek blogera (no, ostatnio moją Frau). Zupełnie jak ulubiona książka, która wciągnęła od pierwszego zdania. Osiągnęło to tak wysoki stopień, że aż zrobiłam sobie rękopis tego wpisu zaczynąjąc o godzinie 01:00 w pracy, bo koniecznie musiałam szybko spisać swoje myśli, przelać je choćby tymczasowo na papier, a później na komputer. Wena przeszywa moje palce i niestraszny jest mi ból ręki, wszak dawno tak dużo nie pisałam ręcznie i nie w takim tempie. Myśli napływały szybciej niż nadążałam je zapisywać, a słowa miałam cały czas przed oczami, jakbym czytała je z jakiejś tablicy i przepisywała na kartkę. Jest mi niewymownie żal, że administratorzy mają nas w głębokim poważaniu i nadal nie pozwalają nam komentować wpisów. Wiele ciepłych słów mogłabym z siebie wylać. Chciałabym wrócić do tych czasów kiedy prowadziło się tutaj żywe dyskusje. Tęsknie za tym mocno, za kontaktem z Wami. I cóż mi innego pozostało jak podzielenie się z Wami tutaj swoimi odczuciami odnośnie Waszych wpisów. System zawsze da się jakoś obejść. Ja zawsze znajdę sposób.

Zastała mnie godzina 3:30, więc mam chwilę czasu na dokończenie moich wypocin. Nigdy nie naszła mnie aż taka wena, żeby pisać wpis na kartce, a jednak kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Trzeba znowu wyćwiczyć rękę, bo odwykłam. Nawet pismo mi się znacznie pogorszyło. Obym tylko zdołała je później odczytać. Zobaczcie sami, podzielę się tymi gryzmołami, w końcu pierwsze razy trzeba czcić!


gryzmoły



Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze tutaj zagląda, może jakieś zbłąkane dusze wejdą czasem przez przypadek, ale wiedzcie, że ja śledzę nowe wpisy na stronie głównej oraz blogi, które w ostatnich dniach mnie mega zaciekawiły. I do tego doszło, że aż piszę o tym po nocach, ba w pracy! Tylko szkoda, że nie ma jak z nikim wymienić choćby jednego zdania, w końcu jesteśmy tutaj społecznością, prawie rodziną. Powtarzam się, ale chyba zapaliła mi się nocna lampka w mózgu. Zawsze przecież możecie napisać do mnie maila. Nie od parady w końcu widnieje w mym szablonie (po prawej stronie, nad archiwum). Może wreszcie się na coś przyda. I choć może dziwne może Ci się wydawać, zwrócę się teraz konkretnie do Ciebie 'Perdevita', ale serio Cię czytam regularnie i nie mogłam przeboleć, że o tym nie wiesz, więc może jakimś cudem (a zauważyłam, że lubisz cuda) tutaj trafisz i się dowiesz, choć szanse marniutkie. Ja, taka szara Myszka - Kejt czytam zwykłego człowieka. Lubię takie blogi, wciągają mnie. Czasem napawają mnie na rozkminy, a niektóre anegdoty fajnie nadają tego smaczku i powodują, że się śmieję. Zupełnie jak przy kubku mojej ulubionej czarnej herbaty zapijanej przy dobrej książce. Teraz sobie myślisz: co za cukiernica z niej. Do cukrowania mi daleko. Piszesz, że jak się Ciebie pozna bliżej, to zmienia się obraz Twej postaci. U mnie jest podobnie. Wystarczy poczytać nieco więcej wpisów. Ale miałby na to czas i ochotę? - Hm, zobaczymy. A zaczęło się tak, że kliknęłam sobie na Twój blog i po prostu zaczęłam czytać. Chłonęłam każde słowo. I nawet mnie - purystce językowej - nie przeszkadzały błędy w interpunkcji! To jest dopiero sztos. Zdziwisz się, ale przeklinanie również nie stanowiło dla mnie przeszkody bym mogła kontynuować czytanie, nawet jak obrażasz sam siebie epitetami, których pozwolę sobie nie cytować. Po prostu śmiałam się z nich na głos, nawet nie w ciele, ale na głos.

Póki co dobija godzina 5:00, a ja tęsknię za tym nienazwanym, za osobnikiem, którego straciłam na zawsze przez głupie nieporozumienie. I nie odzyskam tego osobnika, ponieważ duma i strach przed milczeniem mi nie pozwalają. Wiem doskonale, że odpowiedzi bym nie otrzymała, a to z kolei bolałoby jeszcze mocniej. Pewność, że mój odzew zakończyłby się echem, totalnym fiaskiem sięga zenitu. Gdybym zachowała się inaczej, wzięła winę na siebie, pewnie nic by się nie stało. Nerwy wzięły górę. To byłby brak asertywności z mojej strony. Wcale nie byłam wulgarna, nie krzyczałam ani nie wyzwałam nienazwanego. Dlaczego mam na siłę udawać, że nic się nie stało, że mnie coś nie dotknęło i wcale nie uważam, że nienazwany jest winny temu? Nie mogę dawać sobą pomiatać, a mimo to  czasem czuję, że chciałabym cofnąć czas i zmienić bieg rozmowy, uznać, że nic się nie stało, mieć go dalej. Tymczasem pojawiasz się przed moimi oczami, jesteś w zasięgu ręki, widzę Cię jak dym z płomienia, rozmazanego i niewyraźnego, po czym znikasz. Unosisz się w powietrze i rozmywasz gdzieś w przestrzeni mej wyobraźni.

Czasami żałuję, ale wtedy wyrzucam te myśli do śmietnika. Jednak ten uparty wyrzuca je z siebie jak katapulta i trafia w centrum mojej głowy.


Dodaj komentarz



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]